Startuj z namiNapisz do nasDodaj do ulubionych
   
 

Pamiętnikiem opiekuje się Lucy
Do 27.10.2008r. pamiętnikiem opiekowała się Luna Pomyluna.

Kącik Luny

  Powrót do domu
Dodała Luna Piątek, 15 Sierpnia, 2008, 11:21

Ach, nareszcie w domu!
Kilka dni temu wróciłam z willi wujka Clams'a. Na szczęście pogoda jako tako dopisała i niemal codziennie chodziłam na plażę. Pewnego razu usypałam sporą wydmę z piasku i położyłam się na niej wygodnie, przymknęłam oczy i straszliwie się zamarzyłam. Nawet nie wiem, kiedy zapadłam w drzemkę. Godzinę później obudziłam się spalona na raka! Niestety, zawsze opalam się na róż, wściekły róż. Ale co tam, to równie ciekawy kolor, jak i brąz. Szkoda tylko, że piekąca i łuszcząca się skóra po spaleniu się na słońcu nie jest już taka ciekawa. Musiałam wysłać do Taty list z prośbą o słoiczek łagodzącego balsamu z aloesu, alg morskich i sproszkowanych pestek winogron. To tradycyjna mikstura, którą sporządzamy każdego lata, tak na wszelki wypadek. Podobnie jak Tata, nie ufam zbytnio mugolskim środkom.
Fofira chyba wzięła sobie za punkt honoru nie dać się zepchnąć na drugi plan, kiedy przyjadę do jej domu, więc nie tylko uprzykrzała mi życie, ale też starała się przez cały czas być w centrum uwagi. Nic dziwnego, skoro jej matka wciąż mi dogadzała i nie traktowała jedynie jak dziwaczkę, ale przede wszystkim jako gościa.
Wujek Clams dużo pracował; gdy wreszcie udało mu się wziąć urlop, zabrał nas na wycieczkę do lasu. Fofira ciągle się skarżyła i narzekała, wuj popędzał nas co chwilkę, ciocia martwiła o mnie i o córkę, a ja? Zasłuchana w śpiew ptaków ponad nami (sapanie Fofiry trochę mi w tym przeszkadzało), zapatrzona w ogarniający nas las, wdychałam woń żywicy i świeżego igliwia. Było tam zupełnie inaczej, niż w Zakazanym Lesie, ale na swój sposób cudownie i beztrosko...
W czasie moich nierzadkich spacerów po ogrodzie wokół willi często spotykałam wesołego ogrodnika. Wiedział już od wuja, że jestem czarownicą i był tym bardzo zaintrygowany; czasem nawet drwił sobie ze mnie. Gdy pokazałam mu jednak podręcznik do zaklęć i różdżkę, które nie wiedzieć dlaczego wzięłam ze sobą, w końcu mi uwierzył. Stwierdził, że "jeśli wszyscy czarodzieje są tacy, to w waszej magicznej społeczności musi być bardzo ciekawie". Nie jestem pewna, czy to komplement, czy też może nie...
Z mieszanymi uczuciami opuściłam willę. Cieszę się, że wróciłam do mojego ukochanego, jedynego na świecie Domu. Niestety ilekroć rzucę okiem na wymalowany sufit mojego pokoju, ogarnia mnie tęsknota za najwspanialszymi przyjaciółmi, jakich mogłam zdobyć...

[ 1777 komentarze ]


 
Wakacyjne zamieszanie
Dodała Luna Poniedziałek, 30 Czerwca, 2008, 20:00

Przepraszam za te długie przerwy w pisaniu ;( Mam nadzieję, że wakacje będzie na to więcej czasu i chęci.

***************************************************************************

Witajcie!
Minęło już kilkanaście dni wakacji, ale przed nami jeszcze całe długie dwa miesiące wolnego od szkoły... Niestety tata zadecydował, że tego roku znowu pojadę do willi wujka Clams’a. Próbowałam odwieść go od tego pomysłu, ale nic z tego. Obiecał tylko, że później oboje się gdzieś wybierzemy, na przykład w góry; tam pewnie łatwo jest znaleźć chrapaki krętorogie.
Dziś nie miałam nic lepszego do roboty, więc postanowiłam się spakować na jutrzejszy wyjazd. Wyciągnęłam starą, podniszczona torbę podróżną w wyblakłe groszki i ropoczęłam proces wrzucania do niej części mojej letniej garderoby, książek, mapy, notatnika, pudełka kredek, ołówków, piór i mugolskich długopisów, wędki, wszystkich rzeczy niezbędnych do utrzymania higieny, pliku Żonglerów, odtwarzacza muzycznego, dwóch tykwobulw i buteleczki syropu na bazie wody z bagien na kaszel – ogólnie nazywa się to pakowaniem. Dobrze, że moja torba tylko wygląda na niedużą, a w rzeczywistości jest bardzo pojemna.
Gdy nadeszła pora obiadu, jak zwykle byłam już porządnie głodna, więc zeszłam do kuchni. Niestety, okazało się, że tata musi wstąpić do pracy, ponieważ w biurze redakcji Żonglera wybuchło spore zamieszanie w związku z nawałem roboty nad wakacyjnym numerem gazety, gdyż niektórzy pracownicy już wyjechali na urlopy.
- Co ci, Luno? Ach… Ten artykuł o krwiożerczych muszkach pewnie sprawił straszne kłopoty, Sara Wee nie poradzi sobie przecież z marginesami…. Są tak olbrzymie, no tak, to przez te szczury, ostatnio ich tyle się pojawiło… Luna, co ty, czego szukasz?? – Tata miotał się po całym mieszkaniu, próbując zebrać do olbrzymiej, lecz dziurawej aktówki wszystkie walające się po podłodze dokumenty związane z Żonglerem, jednocześnie usiłując zapiąć guziki wyjściowej kamizelki i porozumieć się ze składającym raport pracownikiem redakcji, którego głowa co jakiś czas pojawiała się wśród płomieni kominka.
- Aaach… Nic, nic, nie przeszkadzaj sobie, ja tylko jestem taka głodnaa…- Odpowiedziałam, podnosząc z podłogi kartkę z projektem okładki i podając ją tacie.
- Ach, te myszy… To znaczy szczury…Może by tak zastawić pułapki… Ach, łapki, tak, miałem się skontaktować z tym panem od reklamy eliksiru na zmarszczki…. Ach, kurze łapki… - Tata już spakował aktówkę i teraz szukał kapelusza. – Lunoo, zrób sobie coś do kurzenia… Yyyy, to znaczy do jedzenia, ja wychodzę! - Z tymi słowami tata nacisnął na głowę stary kapelusz pszczelarza i wyszedł z domu, pozostawiając pracownika redakcji mamroczącego raport z kominka.
- Brak pięciu pracowników na ośmiu, trzech wzięło urlopy, dwoje wyjechało na wczasy kilka dni temu, nie wypełniwszy swoich obowiązków w redakcji, prosimy pana o pilne przybycie, problemy z drukarką, rzucony na nią został prawdopodobnie Urok Tysiąca Kwiatów, nie drukuje nic oprócz wzorków z krokusów i stokrotek…. Halo? - Ciągnący swój raport monotonnym głosem mężczyzna rozejrzał się po pokoju. Stałam naprzeciwko kominka i przypatrywałam mu się uważnie. Ciekawe, co teraz zrobi?
- Eee… Panie Lovegood? – rzucił pytanie w przestrzeń.
- W czymś panu pomóc? – zapytałam pogodnie.
- Eeee… Noo… Pewnie jesteś Luna, czyż nie tak?
- Owszem. Mój tata wyszedł do redakcji przed momentem. Co jeszcze chciałby pan wiedzieć?
- Uu… No, właściwie to już nic. Dziękuję, skoro zaraz zjawi się w pracy, to tam dokończę mój raport. Żegnam! - Jego głowa zniknęła za kurtyną ognia.
No nic…. Skoro żołądek nadal domaga się napełnienia, zabiorę się za gotowanie. Sięgnęłam po opasły tom pełen przepisów kulinarnych, który zawsze leżał u nas na stole. Po krótkim przeglądzie jego stronic oraz zawartości lodówki zadecydowałam, że ugotuję zupę z draceny, a na drugie danie placki z cynamonu polane mugolskim kremem o tajemniczej nazwie kogel – mogel.
Tata bardzo się ucieszył, kiedy wieczorem wrócił zmęczony z pracy i zastał w kuchni stół zastawiony ciepłym i – mam nadzieję – pysznym posiłkiem. Od dziecka dużo gotuję; często pomagałam mamie, teraz pomagam i ojcu, albo czasem, tak jak dzisiaj, sama coś upichcę.
Teraz kładę się już spać. Jutro czeka mnie długa podróż. Nawiasem mówiąc, kogel – mogel okropnie mi zasmakował…

[ 3479 komentarze ]


 
Wyjazd do domu
Dodała Luna Sobota, 09 Lutego, 2008, 15:22

Witajcie!
Ostatnio nie miałam zbyt wile czasu na skrobnięcie czegokolwiek w pamiętniku. Na kilka dni przed feriami nauczyciele jakoś się na mnie uwzięli…Pani Hooch zdążyła mi nawet dać surową reprymendę przed samym wyjazdem do domu – ale też nie bez powodu. Przechodziłam przez błonia, gdy akurat jedna z pierwszych klas miała zajęcia z latania na miotle. Uczniowie to poszczękiwali z zimna zębami, to przytupywali i kręcili się niecierpliwie, oczekując na koniec lekcji i upragnione ferie. W końcu nadeszła ta chwila, a ja, nie mogąc się powstrzymać, wyrwałam miotłę z ręki małego chłopczyka i wzbiłam się w powietrze…”Ferie, ferie, nareszcie!” – krzyczałam, nie zważając na ostry wiatr i mróz. W końcu pani Hooch gwizdnęła na mnie tak przeraźliwie, że aż się zdzwiłam, że taki dźwięk może się wydobyć z małego urządzonka przykładanego do ust. Wylądowałam na ziemi i razem z tłumem pierwszaków pobiegłam w stronę powozów zaprzężonych w testrale.
Nie minął kwadrans, a już siedziałam w pociągu Hogwart Express naprzeciwko Ginny i Neville’a. To wspaniali przyjaciele, wiecie o tym? Zadziwiające, że uświadomiłam to sobie akurat wtedy, kiedy wpatrywali się we wzory wymalowane przez mróz na szybie, machinalnie kręcąc młynki różdżkami.
W końcu dotarliśmy na stację kolejową w Londynie. Wzięłam kufer, owinęłam się chustką (z poprzedniej notki możecie się o niej dowiedzieć więcej ) i wyszłam na dworzec. Tam czekał już mój tata; na pewno go znacie, jest wydawca Żonglera – czyli mojej ulubionej, rzecz ciemna, gazety. To znaczy rzecz JASNA. To powiedzonko czasem mi się myli.
Tata miał na sobie kremową, prostą szatę przypominającą koszulę nocną, czarny kapelusik i buty oraz zieloną kamizelkę wytłaczaną w krokodyle, którą kupiłam mu na maleńkim targu pod Hogsmeade na Boże Narodzenie. Bardzo się ucieszył na mój widok i zaczął do mnie biec, ale bardzo niefortunnie poślizgnął się na ogromnej, zamarzniętej kałuży. Pamiętacie, mi też się to ostatnio zdarzyło! Szybko podbiegłam do ojca i pomogłam mu wstać. Kiedy tylko otrzepał się okruchów lodu i śniegu, zaczęliśmy zgodnie przytupywać i klaskać, a potem zawołaliśmy:
- Hop, hop, bęc, bęc, ślizgu, ślizgu. Tam, gdzie raki zimują!
Oczywiście mnóstwo osób spojrzało na nas ze zdziwieniem, a to przecież taki stary zwyczaj. Gdy jakaś osoba poślizgnie się na lodzie w gronie rodziny, to trzeba szybko odtupać i wypowiedzieć formułkę, bo inaczej każda kolejna rodzina wywróci się w tym samym miejscu. Działa nawet wtedy, gdy nie ma się przy sobie różdżki.
Tata zaprowadził mnie do dość starej, wysokiej kamienicy nieopodal wyjścia z King’s Cross. Na dole mieścił się sklep z gwoździami i śrubkami, należący do pewnego posiwiałego charłaka. Weszliśmy po schodach na pierwsze piętro, gdzie mieścił się skromnie umeblowany salon. Tata wyjął z koszyka na drewno garść proszku Fiuu i wrzucił do kominka wbudowanego w jedną ze ścian.
Po chwili byliśmy już w domu. Od razu poczułam dziwny, nieznany mi zapach.
- Moja tarrrta! – Jęknął tata, łapiąc się za głowę.
- Jaka „tarrrta”? – zapytałam pogodnie.
- Zrobiłem tartę z suszonych liści mandragory, specjalnie na powitanie ciebie. Chyba się przypaliła. – Pobiegł do kuchni i zaczął się energicznie krzątać koło piecyka.
- Wątpliwość słuszności słowa „chyba” w tym przypadku jest niewątpliwa. Ty na sto procent przypaliłeś tą tartę, tatku.
I tak rozpoczęły się moje ferie. Chyba nie muszę dodawać, że mnóstwo czasu spędziłam na pomaganiu tacie w zdrapywaniu resztek spalonego ciasta z tacy i ratowaniu pieca.
Na dzisiaj tyle…Następnym razem opiszę Wam mój Dzień Zakochanych…Mam nadzieję, że będzie udany.

Pozdrawiam,
Feriowa Luna (Jest w ogóle słowo „feriowa”? Eee tam, nieważne…)

Daję jeszcze moją fotkę. Co o niej sądzicie?
[image]

[ 1118 komentarze ]


 
Wesołych Świąt!
Dodała Luna Środa, 26 Grudnia, 2007, 19:34

Wiem, wiem. Trochę się spóźniłam. A nawet bardzo. Ale to chyba nie szkodzi, żebym mogła Wam wszystkim z całego serca życzyć...
Wesołych, zdrowych, spokojnych i pogodnych Świąt,
samych pięknych i kolorowych snów,
pomyślności i szczęścia w życiu,
dobrych przyjaciół,
aby zawsze była z Wami rodzina,
abyście nigdy nie musieli się denerwować, krzyczeć ani kłócić, bo to niepotrzebne,
abyście zawsze mieli nadzieję, dobre serce i chęć działania,
no i żeby Was nargle nie pogryzły, jak będziecie stali pod jemiołą ze swoją sympatią...Albo i bez :-)

Świąteczna Luna



***********************************************************
Dziękuję za komentarze. Wiecie, Luna ma marzycielską duszę, ale sami przyznajcie, czy nie jest też trochę stuknięta? Słowo "wyrżnęłam" moim zdaniem tu pasuje, bo Pomyluna to nieobliczalna i zaskakująca postać. Droga Aryo, jakie błędy stylistyczne były w notce? Nie zauważyłam, żeby były, ale może coś trzeba poprawić. Pozdrowienia

[ 1055 komentarze ]


 
Gdy pada śnieg
Dodała Luna Niedziela, 16 Grudnia, 2007, 14:58

Święta Bożego Narodzenia zbliżają się wielkimi krokami. Bardzo je lubię, ale nie z powodu prezentów. Kocham tę cudowną atmosferę...Której nie mogą popsuć nawet złośliwe nargle ;-)
W Hogwarcie, jak co roku, przygotowania już ruszyły pełną parą. Pojawiły się ozdoby z ostrokrzewu i świątecznych girland, zbroje zostały wypolerowane na wysoki połysk i niebawem zaczną cichutko wygrywać kolędy, wszędzie stanęły przepiękne choinki, stroiki, wieńce...Zawisły również migoczące mnóstwem barw sople. Wygląda to wszystko prześlicznie.
Nauczyciele jednak nie poddali się radosnej atmosferze oczekiwania i wcale nie przestali nam tyle zadawać tuż przed przerwą świąteczną. Wręcz przeciwnie, coraz więcej jest sprawdzianów i ćwiczeń. Ludzie bywają dziwni.
Postanowiłam to jednak zlekceważyć i zamiast ślęczeć nad książką i pergaminem, ubrałam ciepłą, błękitną kurtkę oraz fioletową chustkę na głowę, wzięłam zapas kukurorzeszków i poszłam do Zakazanego Lasu. Gdzie tylko spojrzeć, zalegał śnieg. Na znanej mi dobrze polance tuż przy skraju powitały mnie testrale. Ich stadko wyraźnie odcinało się na tle śnieżnej bieli. Są one bardzo inteligentnymi stworzeniami, lecz zimą trudno im znaleźć pożywienie. Staram się więc je dokarmiać, kiedy tylko mogę. Jeden z nich, dorosły i bardzo duży osobnik od razu podszedł do mnie. Sądzę, że niektórzy mogliby się trochę przestraszyć - wychudzone, czarne zwierzę...Które widzą nieliczni. Ale ja się nie bałam. Wyciągnęłam rękę z kukurorzeszkami, żeby mógł się najeść. Po chwili pozostałe testrale również się powolutku zbliżyły. One są naprawdę piękne, wiecie? Nie minęło nawet 5 minut, kiedy moja torba została opróżniona i cały zapas kukurorzeszków znalazł się na ziemi, aby zwierzęta mogły po nie sięgnąć. Aha... Kukurorzeszki... Pewnie nawet nie wiecie, co to takiego. A są to po prostu małe orzeszki, przypominające trochę ziarnka kukurydzy. Rosną na drzewach gdzieś w Afryce, ale główny grafik redakcji Żonglera co roku przywozi z wakacji mojemu tacie całe pudło tych suszonych rarytasów. Trudno się więc dziwić, że niewiele osób kiedykolwiek słyszało o tym egzotycznym owocu.
Powiało chłodem i zaczął prószyć śnieg. Jak Wam już ostatnio wspominałam, lubię ten biały puch, lecz zrobiło mi się bardzo zimno i zawróciłam do zamku. Byłam tuż przed wejściowym dziedzińcem, kiedy nagle chwila nieuwagi sprawiła, że przechodząc po zamarzniętej kałuży okropnie się poślizgnęłam...Wylądowałam twarzą w zaspie. Cała byłam obolała...Jakoś się pozbierałam i czmychnęłam do dormitorium. Niestety, wyrżnęłam tak bardzo, że chyba jednak będę musiała iść z tymi wszystkimi potłuczeniami do skrzydła szpitalnego.

Pozdrawiam,
śniegowa Luna



**********************************************************
W dzisiejszej notce mało było ekscytujących przygód, ale sądzę, że spokojniejszy post czasem sie przyda :-D
Bardzo, bardzo, bardzo serdecznie Wam dziękuję za wszystkie miłe komentarze. Jesteście wspaniali! Aha. Cho Chang, wierna czytelniczko :-D - masz dobry pomysł z tym blogiem, ale nie bardzo wiem, jakby to wyglądało. Czy mogłabyś mi powiedzieć, jak to sobie wyobrażasz - mam pisać nocie już opublikowane na stronie, czy jak? Jeszcze raz pozdro dla wszystkich!

[ 893 komentarze ]


 
Tajemnicza mikstura
Dodała Luna Sobota, 24 Listopada, 2007, 19:36

Stopniało już mnóstwo śniegu, którego wcześniej napadało. A szkoda, bo nie zdążyłam się jeszcze nacieszyć białym puchem....W dodatku przed okresem świątecznym jest trochę więcej pracy - trzeba ćwiczyć nowe zaklęcia, napisać esej na półtora stopy pergaminu na Transmutację i sporządzić mapkę gwiazdozbioru na Astronomię - w moim przypadku Kasjopei. Wszystko to plus brzydka pogoda sprawiły, że mam paskudny humor. Rzadko mi się to zdarza...No ale cóż.
Po południu strasznie się nudziłam. Poszłam do mojego dormitorium, usiadłam i przejrzałam zawartość mojego kufra. Od początku roku szkolnego nie wypakowałam kilku rzeczy, które aż dotąd spoczywały na jego dnie razem z mnóstwem kolorowych gałganków, błyszczących guzików, szklanych koralików i paciorków, strzępków barwnych szmatek i sznurków, świstkami czystego bądź zapisanego drobnym maczkiem papieru. Kiedy coś nie było mi już potrzebne, bezużyteczne, lub po prostu miałam pod ręką tylko kufer - to wrzucałam do niego wszystko, co tylko można zmagazynować.
Przesypywałam swoje skarby z rąk do rąk. Co by tu zrobić?...Nagle zauważyłam jakąś karteczkę. Było ich tu bardzo wiele, ale ta została wciśnięta w sam kąt i poskładana chyba z dziesięć razy, tak że była tylko maleńkim kwadracikiem. Ostrożnie ją rozłożyłam. Papier był troszeczkę pożółkły i miał postrzępione brzegi. Rozpoznałam moje własne pismo, lecz z wczesnego dzieciństwa, kiedy jeszcze nieskładnie gryzmoliłam literki i trzymałam pióro na opak. Był to najwyraźniej przepis na jakiś eliksir. A wyglądało to mnie więcej tak:

Nie wiem, jak mogłam tak kiedyś pisać i robić tyle kleksów oraz plam ;-)
Nie zastanawiając sie zbyt długo, wrzuciłam kartkę do kieszeni i pobiegłam do lochów. Na szczęście była pora obiadu, na który ja nie miałam wcale ochoty, więc zimne korytarze były puste. Zdjęłam starą, posrebrzana spinkę z włosów i z małą pomocą Alohomory wdarłam się do magazynu Snape'a. Znalazłam tam niemal wszystkie potrzebne składniki. O aromat wiśniowy poprosiłam skrzaty domowe w kuchni pod Wielką Salą. Były bardzo uprzejme.
Podekscytowana wróciłam do lochów. Tam zamknęłam się w klasie od Eliksirów (tam zostawialiśmy kociołki i wagi) i dokładnie odmierzając składniki, powrzucałam je do mojego kociołka. Byłam bardzo ciekawa, co z tego wszystkiego mi wyjdzie. Za pomocą różdżki zapaliłam ogień pod kociołkiem. Pod chwili mikstura zawrzała. Po klasie poniósł się śliczny zapach wiśniowego aromatu...Zmieszanego ze skrzekiem i całą resztą, co nie dawało zbyt dobrego efektu. Barwa wywaru również była dziwna; karminowoczerwone spiralki mieszały się zielonymi, brunatnymi i czarnymi zawijasami. Mieszałam w kociołku cierpliwie. Po kwadransie bardzo bolała mnie ręka. Im bardziej wzrastało ryzyko odkrycia mojej pracy i im bardziej mieszały się i zlewały kolory, tym intensywniej zastanawiałam się, na co przepisu użyłam. Czy to specjalne jedzenie dla testrali? Eee, chyba nie...
Z trudem wytrzymałam pół godziny mieszania (pod koniec olśniło mnie i pomogłam sobie czarami). Ostrożnie zmąciłam specjalnym zakraplaczem powierzchnię eliksiru w kociołku. Uniosłam go i...Kilka kropel spłynęło po wierzchu mojej dłoni. Nic się nie działo. Panowała upiorna cisza, gdy wtem...Na mojej ręce zakwitły prześliczne ornamenty. Były niczym tatuaż, rozprzestrzeniając się po całej ręce, ramionach i twarzy. Cóż za zaskakujący efekt! Cała moja skóra pokryła się roślinnymi wzorkami. Wyglądałam jak jeden, wielki, chodzący ogródek.
Niespodziewanie drzwi otworzyły się i do środka wparował Snape. Znoowuu on.
- Co ty wyrabiasz? Malunków ci się zachciało? Jak ty wyglądasz, Lovegood?
Chciałam coś odpowiedzieć, ale z moich ust wydobył się jedynie cieniutki pisk.
- Jeszcze sobie żarty stroisz?! - Nagle profesor dostrzegł zakraplacz i kociołek. - Ach tak! Zabawiasz się eliksirami. Rzeczywiście, uwarzyłaś coś nie mniej dziwacznego od siebie. - Warknął.
Język znów odmówił mi posłuszeństwa. Pewnie był to kolejny efekt mikstury. Nagle poczułam, że coś się dzieje z moimi włosami. Dotknęłam głowy; jakoś dziwnie się unosiły. Szyba w małym okienku w mgnieniu oka posłużyła mi za lustro. Na czubku głowy miałam olbrzymi kwiat, niczym kapelusz! To bardzo dziwne. W eliksirze nie było ani jednego kwietnego płatka. Czy pyłku. Bardzo osobliwe.
Nie przestając ostrożnie dotykać kwiatu, niechcący zamachnęłam się łokciem i przewróciłam kociołek. Było już za późno. Tak, właśnie tak - Snape również dotknął rozbryzgujących się kropel. Działo się z nim to samo, co ze mną.
Przez otwarte drzwi do sali zajrzeli jacyś Ślizgoni.
- Ooo, Lunusia - dziecko kwiat? -Zadrwił jeden, pogwizdując. Mina mu zrzedła, gdy zobaczył opiekuna swojego domu. - Raczej dzieci kwiaty...
Resztę dnia profesor spędził na szukaniu antidotum. Mam u niego przechlapane do końca szkoły...
Ale co tam.
Pozdrawiam...

[ 1142 komentarze ]


 
Wyjazd do Hogsmeade
Dodała Luna Piątek, 01 Czerwca, 2007, 18:59

Dzisiaj zorganizowano wypad do Hogsmeade z okazji Dnia Dziecka. Niektórzy byli trochę zirytowani, bo nie są już takimi małymi dziećmi, ale ja sądzę,że trzeba wykorzystać każdą okazję na wyjazd. Hogwart jest wspaniały i skrywa wiele magicznych tajemnic, ale czasem są momenty, kiedy po prostu nudzi się siedzenie w nim wciąż i wciąż, jak w zwykłej mugolskiej szkole z internatem. Dlatego warto urozmaicić czas wolny takim wypadem do Hogsmeade, chociażby na moją ulubioną mieszankę piwa kremowego i soku z mango.
Po miasteczku przechadzałam się sama. Ginny pewnie była razem z Harrym, Ronem i Hermioną pod Trzema Miotłami, Hadi gdzieś się zapodział, Krukonki z mojego dormitorium
plotkowały pod Miodowym Królestwem...Czy ja Wam je w ogóle przedstawiłam? Nie? Ach, znowu to moje roztargnienie. No więc tak; jest Mary Ann Spinker, miła, ale czasem złośliwa dziewczyna o czarnych, lekko kręconych włosach. Potem niewysoka szatynka o dużych, orzechowych oczach, czyli Tara Beechwood. Następnie, latynoamerykanka Tina Box, wysoka, życzliwa dziewczyna o długich, prostych, czarnych włosach oraz jasnoruda Paula McNeil, cała obsypana piegami, ale zupełnie niepodobna do Rona czy Ginny. Wszystkie dziewczyny są dla mnie uprzejme i nawet miło się z nimi rozmawia, ale potrafią być naprawdę złośliwe i tak jak inni, wyśmiewać się mojego zachowania czy ubioru. A ja po prostu mam taki charakter i już :) Nie chcę go zmieniać.
Chodziłam więc sama od sklepu do sklepu, raz po raz wyjmując fasolkę z pudełka, które kupiłam w Miodowym Królestwie za pół sykla. Wstąpiłam też do Trzech Mioteł,na,jak Wam już pisałam, mieszankę soku z mango i kremowego piwa. Potem udałam do się sklepu papierniczego, gdzie zawsze kupuję śliczne kolorowe pióra i papeterię, albo zwykły pergamin na notatki z lekcji. Uczniowie zwykle kupują takie rzeczy na Pokątnej, ale mi zupełnie wystarcza ten sklep w Hogsmeade.
Na koniec zajrzałam do mojego ulubionego sklepuu z roślinami. Dzisiaj zauważyłam na jednej z półek przepiękny, pachnący kwiat, którego nigdy wcześniej tutaj nie widziałam. Nazywał się orchidea argentyńska. Bardzo mi się podobał, ale ze smutkiem odkryłam plakietkę z ceną - 20 galeonów. Moje miesięczne kieszonkowe to 3 sykle; mogłabym kiedyś uzbierać na tą orchideę, ale na pewno wtedy nie miałam przy sobie tylu pieniędzy. Mówi się trudno :(
Nagle zauważyłam, że kogoś mi tutaj brakuje...Ach, tak, to przecież Neviile zawsze przesiadywał w tym sklepiku bardzo długo, bo uwielbia zielarstwo. Za każdym wypadem do
Hogsmeade przypadkiem spotykaliśmy się tutaj i dyskutowaliśmy o różnych egzotycznych kwiatach, dziwnych krzaczkach i wielu innych rzeczach, które można tam kupić. Tylko gdzie on się dziś zapodział?
Zaczęłam go szukać po całej wiosce, sama nie wiem dlaczego. W końcu zawitałam do Trzech Mioteł i zapytałam Rona:
- Hej, nie widzieliście przypadkiem Neville'a?
- Nie, nie nie wiem...Nie widziałem go dzisiaj...
- Nie ma go dzisiaj w Hogsmeade - Wtrąciła Hermiona. - Leży w szpitalu.
- Jak to? Co mu się stało? - Zapytałam, troszkę zaniepokojona.
- To chyba nic poważnego...Widziałam tylko, jak pani Pomfrey podaje mu lekarstwo. Przynosiłam jej jakiś tam składnik z magazynku przy sali do eliksirów, bo mnie o to
prosiła.
- Aha, dzięki. - Odpowiedziałam i pobiegłam do zamku. I tak nie miałam już nic do zwiedzania.
Zastałam Neville'a, kiedy oglądał podręcznik do Obrony Przed Czarną Magią, leżąc w szpitalnym łożku.
- Cześć! - Zawołałam wesoło i usiadłam na sąsiedniej pryczy. - Jesteś chory?
- Trochę się przeziębiłem, bo wpadłem do jeziora na Opiece Nad Magicznymi Stworzeniami. - Neville mówił przez nos.
- Też mi się to kiedyś zdarzyło - uśmiechnęłam się i poczęstowałam go resztką fasolek. - Co
robisz?
- Staram się trochę pouczyć, bo będę miał straszne zaległości - jęknął, wskazując na
książkę.
- Może nie będzie aż tak źle...
W tej chwili do sali weszła pani Pomfrey.
- Co to za pogaduszki? Wiem, że troszczysz się o kolegę, ale musi teraz wypoczywać. Neville,
odłóż już ten podręcznik, na pewno nie dostaniesz O zaraz po wyjściu ze szpitala. Musisz jak najwięcej spać, wtedy prędzej zregenerujesz siły,a lekarstwo na ten
uporczywy kaszel szybciej zadziała.
- Czy to konieczne? Jestem tylko trochę przeziębiony...
- Ooo, nie, nie, nie. Na polu zimno, a w wodzie jeszcze gorzej, twoja choroba wymaga troszkę więcej zachodu na wyleczenie, niż zwykłe przeziębienie.
W końcu wyszłam ze szpitala, już troszkę uspokojona. Mam nadzieję, że Neville szybko wyzdrowieje :)
Na następny raz postaram się o zdjęcia lub szkice Mary Ann, Tary, Tiny i Pauli, i wkleję je tutaj. A dziś pani Poppy Pomfrey:

Zrobiła troszkę dziwną minę :P

Wasza Luna Pomyluna

[ 1049 komentarze ]


 
Dziwny sen
Dodała Luna Poniedziałek, 30 Kwietnia, 2007, 12:20

Dzisiejszy dzień był niemal bezbarwny w porównaniu z niesamowitym snem, który przyśnił mi się dziś w nocy. Postanowiłam, że go Wam opiszę. A więc tak...
Śniło mi się, że byłam w centrum redakcyjnym Żonglera. Wokół pełno było ludzi. Przeglądałam najnowszy numer czasopisma - na pierwszej stronie był artykuł mówiący o tym, że "Na północy, w okolicach szkoły Durmstrang, zapanowała inwazja chochlików. Wszyscy uczniowie i nauczyciele zostaną tymczasowo przeniesieni do innych szkół". Wtedy do pomieszczenia wszedł mój tata i po prostu rzucił we mnie poduszką! Ta okazała się świstoklikiem i przeniosła mnie do Hogwartu.
Ledwie się pozbierałam, a do głównego hallu weszła cała masa ludzi w czerwonych szatach. Przypomniałam sobie o artykule w Żonglerze i zrozumiałam, że są to uczniowie Durmstrangu, tymczasowo przeniesieni do nas. Stałam oniemiała, a nagle z tłumu wyłonił się ten sportowiec, Wiktor Krum. Od razu podbiegła do niego Hermiona (nie wiem, skąd się tu wzięła) i zaprowadziła go do Wielkiej Sali. Ja też tam zresztą poszłam, bo zbliżała się pora obiadu. Ale obiadu...Nie było, bo skrzaty się zbuntowały i podały tylko kilka kropel zimnej wody dla każdego. Hermiona, widząc to, rozpłakała się, i pobiegła do dormitorium, aby uszyć całe masy nowych czapeczek dla skrzatów.
Wtedy do Wielkiej Sali wkroczył Snape, ale na tylnej części jego szaty pojawiły się jaskraworóżowe kwiatki! Wszyscy zaczęli się śmiać, a Snape przekręcił sobie szatę, zobaczył dziwny wzorek i również wybuchnął śmiechem. Nie szyderczym, tylko szczerym i radosnym. Pierwszy raz coś takiego widziałam.
Nagle akcja przeniosła się do pustego korytarza na piątym piętrze. Niosłam pełno jakiś szklanych kulek. Nieoczekiwanie z którejś klasy wyszedł Krum. Trzymał fiolkę jakiegoś brunatnopomarańczowego, buzującego płynu.
- Wypij to! - Powiedział.
- Ale co to jest? - Odparłam.
- Eliksir. Proszę,wypij go, bo Bułgaria trzeci raz z rzędu przegrała.
W końcu upiłam łyk i....Upuściłam wszystkie szklane kulki. Krum roześmiał się. Nie wiedziałam, co się dzieje. Nagle zobaczyłam swoje odbicie w oknie. Byłam Harrym! Harrym Potterem! W panice zaczęłam biegać po korytarzach, ale wszyscy tylko się śmiali na mój widok. Wreszcie odnalazłam właściwego Harry'ego. Powiedział:"A więc tak sobie pogrywasz? Powiem to Hagridowi. On da ci szlaban, że ho, ho! Będziesz czyścić mugolskie ubikacje!" I rzucił na mnie jakieś zaklęcie. Zaczęło mi szumieć w uszach, zrobiło mi się niedobrze...Czułam że mdleję, ale zobaczyłam jeszcze Neville'a zachodzącego wściekłego Harry'ego od tyłu i trzaskającego go doniczką w głowę...
Strasznie głupi sen. Na szczęście Harry'emu nie było przykro, że zagrał w nim czarny charakter ;-)
O, mniej wiecej tak wygladał Harry w moim śnie, kiedy rzucał na mnie złe zaklęcie:

[ 3333 komentarze ]


 
Pojedynek w jeziorze
Dodała Luna Sobota, 21 Kwietnia, 2007, 21:23

Z każdym dniem wiosny jest coraz cieplej i ładniej. Dzisiejszy dzień również był pogodny, więc siedziałam sobie na wysokim głazie nieopodal jeziora, tuż pod skrajem lasu, i nizałam nowe kapsle od butelek po piwie kremowym na mój naszyjnik. Było bardzo miło i przyjemnie, a tafla jeziora mieniła się w blasku słońca. Z daleka od szyderczych Ślizgonów i wszystkich, którzy wytykają mnie palcami... Przymknęłam oczy i zaczęłam marzyć o jedynej, niepowtarzalnej fasolce Berty'ego Botta, która mieni się wszystkimi kolorami i co za tym idzie, ciągle zmienia swój smak. Stworzyłabym całą serię takich fasolek, a później założyłabym cukiernię - kawiarnię "U Luny" i dostałabym Order Wszystkich Słodkości za specjalne zasługi w dziedzinie cukiernistyki magicznej.
Nagle, kiedy w myślach przecinałam czerwoną wstążkę na otwarciu Wielkiego Centrum Fasolkowego, usłyszałam jakieś śmiechy, chichy i głośne tupanie. Gwałtownie wyrwana ze świata marzeń i historyjek, otworzyłam oczy i z brzękiem upuściłam kapsel, który trzymałam w ręce. Podniosłam go, nałożyłam na naszyjnik i spojrzałam przed siebie. Po drugiej stronie jeziora stała grupka - o nie! - roześmianych Ślizgonów.
- Co, piszesz artykuł o niezwykle interesujących szarych głazach dla Żonglera?! - Wrzasnął niski, otyły chłopak.
- Nie, jest chyba w trakcie tworzenia nowej linii biżuterii, niezwykle modnej...Hej, Pomyluna, jak ją nazwiesz, może "Pomylony Kapsel"? - Krzyknęła dziewczyna w jaskrawozielonym swetrze. Cała banda zarechotała głośno. Uśmiechnęłam się do nich miło, chociaż troszkę mnie to zdenerwowało, i zaczęłam nizać kolejne kapsle.
- Biedaczysko, siedzisz tu, taka samotna...Może pójdziesz poszukać chrapaków krętorogich i założysz ich hodowlę? Zamawiam jednego do kupienia. Dam nawet sykla na zaliczkę, bo rozbawiłabyś mnie przy tym tak bardzo, Pomyluna, że aż żal nie zapłacić takiemu komikowi! - To mówiąc, osiłek stojący dotychczas w tyle, wyciągnął z kieszeni srebrną monetę i wrzucił do jeziora. Natychmiast opadła na dno, tworząc kilka kręgów na tafli wody.
Dziwny jakiś ten Ślizgon, pomyślałam. Zaczęłam okrążać jezioro i powoli podchodzić do grupki.
- Ty idioto! - Ryknęła dziewczyna o krótkich, czarnych włosach. - Zmarnowałeś sykla na marne wygłupy?
- Myślałem, że naprawdę zacznie szukać tych chrapaków...
- To źle myślałeś - odezwałam się nagle. Wszyscy odwrócili się przestraszeni w moją stronę. - Będę szukała chrapaków krętorogich tylko wtedy, kiedy będę miałam na to ochotę. Teraz nie mam, więc wybacz. - Podeszłam do chłopaka, który pierwszy się odezwał i oznajmiłam - Może tamten głaz nie jest interesujący, ale lepiej popatrz na swoje sadło, a potem krytykuj zachowanie innych. - Po czym zwróciłam się do dziewczyny w jaskrawozielonym swetrze. - No a kapsle? Może nie są modne, ale rażący kolor swetra też nie.
Chciałam odmaszerować do zamku, pozostawiając ich z otępiałymi minami, ale chłopak, który wrzucił sykla do wody, zawołał:
- Hej, skoro jesteś taka mądralińska, to może wyłowisz sobie tego sykla?
- A tobie się nie chce, co?
- Nie. Możemy zanurkować razem. Kto zdobędzie sykla i pierwszy wypłynie z nim na powierzchnię, stanie się jego posiadaczem.
Powoli i niepewnie podeszłam do Ślizgona i podałam mu rękę. Coś mi podpowiadało, że to jest na pewno nieuczciwy spisek...No i bałam się, bo przecież umiałam tylko średnio pływać...Aha, no i Wielka Kałamarnica oraz inne wodne potwory mogą czyhać w ciemnej głębi na takich głupców, jak ja...
Stanęliśmy na brzegu jeziora. Zdjęłam bluzę i mocno chwyciłam różdżkę, trochę drżąc w samym T-shircie i dżinsach.
- Trzy, dwa, jeden, start! - Krzyknęła nieoczekiwanie jakaś Ślizgonka z boku. Odbiłam się od brzegu, nabrałam potężny haust powietrza i wskoczyłam do wody.
Promienie słońca odbijające się na tafli jeziora okazały się mylące. Woda była tak przeraźliwie zimna, że z początku chciałam zawrócić i skapitulować. To samo działo się z moim rywalem. W końcu, widząc, że ja się przełamuję, również i on ruszył w niewielki labirynt wodorostów, znajdujący sie nieopodal.
Powoli oswajałam się z wodą. Czujnie rozglądając się na boki, wypatrywałam błysku srebra na dnie. Ślizgon odpłynął gdzieś dalej. Szukałam i szukałam, nie tracąc wiary w siebie, ale po niedługiej chwili ubranie całe aż napęczniało od wody i zaczęło ciążyć, ciągnąć w dół. Do tego zaczynało mi brakować powietrza. I gdzieś w oddali śmignęło jakieś zwierzę! Popłynęłam do góry i wynurzyłam głowę. Odetchnęłam kilka razy, nabrałam powietrza, kątem oka dostrzegając zaniepokojone twarze Ślizgonów na brzegu, rozejrzałam się - tak, gdzieś tutaj musi być moneta! - I zanurkowałam z powrotem. Jednak kiedy tylko masa zimnej wody na nowo zanurzyła mój tułów, natknęłam się na tego Ślizgona. Miał dziwny wyraz twarzy i widać było, że i jemu zaczyna doskwierać brak tlenu, jednak w ręce ściskał upragnionego sykla. Chciałam już godzić się z porażką i wypłynąć po raz kolejny na powierzchnię, po pojedynku, ale w tym samym momencie ręka chłopaka zaplątała się w wodorosty. Chwilę szamotał się, aż w końcu moneta wypadła mu z ręki. Śmignęłam po nią niczym błyskawica - po chwili miałam już ją w garści. Ślizgon z przerażeniem patrzył, jak wypływam na powierzchnię i triumfalnie wymachuję syklem. Rozległy się pojedyncze owacje - nad jeziorem zebrało się już kilku uczniów zainteresowanych widowiskiem.
Tymczasem ja zanurkowałam jeszcze raz, by pomóc Śizgonowi wyplątać się z wodorostów i wyszłam na brzeg byłam przemoczona do suchej nitki i cała skostniała z zimna, ale zadowolona. Z tłumku wyłonili się Hermiona i Ron.
- Co ty zrobiłaś, Luno? - Zapytała natarczywie Hermiona z odrobiną wyrzutu w głosie. - Nie musiałaś podejmować tego wyzwania, a zwłaszcza, jeśli chodziło o jednego głupiego sykla. Ci Ślizgoni wszystko nam opowiedzieli.
- Daj spokój, Herma. Dobrze, Luna, pokazałaś im, kto tu rządzi! - Oznajmił pogodnie Ron. - A tak w ogóle, to cała jesteś sina - dodał.
- No właśnie. Chodźmy do pani Pomfrey po Eliksir Rozgrzewający. No i trzeba cię przecież wysuszyć. - Powiedziała Hermiona i razem z nimi skierowałam się do zamku.
A oto fotka mojego (już osuszonego) sykla:

[ 770 komentarze ]


 
Wiosenny zawrót głowy
Dodała Luna Sobota, 10 Marca, 2007, 21:01

Dziś przede wszystkim chciałabym Wam podziękować za wszystkie cudne komentarze, które znalazły się pod poprzednią notką. Bardzo, bardzo dziękuję, jesteście kochani! :-D
*************************
Kalendarzowa wiosna jeszcze się nie zaczęła, ale śnieg już stopniał i całe błonia Hogwartu pokryły się zielenią. Wiosna to moja ulubiona pora roku, dlatego też w jej czasie jestem jeszcze bardziej rozkojarzona niż zazwyczaj. Na przykład, dziś na Numerologii po chyba 10. upomnieniu musiałam przenieść się do ławki jak najdalej okna i tuż pod nauczycielskim biurkiem, a kiedy to nie poskutkowało (wciąż mglistym wzrokiem gapiłam się w żyrandol, jak mi później powiedziała jedna Krukonka), musiałam zostać po lekcjach i napisać 50 razy "Będę uważać na lekcjach". Nie byłoby to takie złe, gdyby potem tak długo nie bolała mnie ręka.
Aha - no i jeszcze przed chwilą, kiedy pędziłam do dormitorium, aby napisać nowa notkę w pamiętniku, niechcący potrąciłam Flitwicka przechadzającego się po korytarzu. On z kolei potknął się i rąbnął w ozdobny witraż nieopodal. Barwne szkiełka rozsypały się na tysiące odłamków, spadając niczym jakieś nietypowe konfetti na nieszczęsnego Flitwicka i przechodzących uczniów. Zastanawiacie się pewnie, dlaczego witraż pod wpływem naporu nie wyleciał na zewnątrz; otóż zaczarowano wszystkie okna tak, że kiedy szyba się rozbije, to jej elementy wypadną na korytarz, aby można było rzucić na nie odpowiednie zaklęcie, które połączy je znowu w jedną całość.
No, ale wracam do mojego wypadku.
Patrzyłam bezradnie, jak Flitwick otrzepuje się z kolorowych odłamków i mamrocze pod nosem zaklęcia. Po chwili wszystkie wróciły na swoje miejsce.
- Ach, panno Lovegood, ciągle jesteś myślami daleko, chyba gdzieś w chmurach. Może chociaż na szkolnym korytarzu zachowywałabyś się porządnie?
- Przepraszam - Odpowiedziałam pogodnie. Flitwick miał miękkie serducho no i jest przecież opiekunem mojego domu, więc raczej nie odejmie mi punktów. Chociaż...
- Jeszcze jeden taki incydent i... - Gdzieś na końcu korytarza rozległy się łomoty. Wszyscy odruchowo spojrzeli w tamtą stronę - to Irytek, nieświadomy obecności nauczyciela kilkanaście metrów dalej, robił swój tradycyjny raban. Flitwick machnął na mnie ręką i pognał w stronę złośliwego poltergeista.
Uff, na szczęście tylko tyle.
W sumie to oprócz tych sytuacji niewiele się dziś ciekawego wydarzyło - nie licząc małego zamieszanka pomiędzy dwoma obrazami na pierwszym piętrze i dziecinnej wojny na tosty obsmarowane dżemem, która rozpętała się rano przy śniadaniu przy stole Krukonów (na szczęście ucierpiały jedynie moje włosy, gdzieniegdzie chwilowo zmieniły barwę z jasnego blondu na intesywny, malinowy kolor :-P)
A oto zdjęcie Hogwartu, które zrobiłam dziś pzed Zielarstwem. Wyszło trochę bajkowo ;-)

[ 1919 komentarze ]


« 1 2 3 4 5 »  

| Script by Alex

 





  
Kolonie Harry Potter:
Kolonie Travelkids
  
Konkursy-archiwum

  

ŻONGLER
KSIĘGA HOGWARTU

Nasza strona JK Rowling
Nowości na stronie JKR!

Związek Krytyków ...!
Pamiętnik Miesiąca!
Konkurs ZKP

PAMIĘTNIKI : KANON


Albus Severus Potter
Nowa Księga Huncwotów
Lily i James Potter
Nowa Księga Huncwotów
Pamiętnik W. Kruma!
Pamiętnik R. Lupina!
Pamiętnik N. Tonks!
Elizabeth Rosemond

Pamiętnik Bellatrix Black
Pamiętnik Freda i Georga
Pamiętnik Hannah Abbott
Pamiętnik Harrego!
James Potter Junior!
Pamiętnik Lily Potter!
Pamiętnik Voldemorta
Pamiętnik Malfoy'a!
Lucius Malfoy
Pamiętnik Luny!
Pamiętnik Padmy Patil
Pamiętnik Petunii Ewans!
Pamiętnik Hagrida!
Pamiętnik Romildy Vane
Syriusz Black'a!
Pamiętnik Toma Riddle'a
Pamiętnik Lavender

PAMIĘTNIKI : FIKCJA

Aurora Silverstone
Mary Ann Lupin!
Elizabeth Lastrange
Nowa Julia Darkness!

Joanne Carter (Black)
Pamiętnik Laury Diggory
Pamiętnik Marty Pears
Madeleine Halliwell
Roxanne Weasley
Pamiętnik Wiktorii Fynn
Pamiętnik Dorcas Burska
Natasha Potter
Pamiętnik Jasminy!

INKUBATOR
Alicja Spinnet!
Pamiętnik J. Pottera
Cedrik Diggory
Pamiętnik Sarah Potter
Valerie & Charlotte
Pamiętnik Leiry Sanford
Neville Longbottom
Pamiętnik Fleur
Pamiętnik Cho
Pamiętnik Rona!

Pamiętniki do przejęcia

Pamiętniki archiwalne

  

CIEKAWE DZIAŁY
(Niektóre do przejęcia!)
>>Księgi Magii<<
Bestiarium HP!
Biografie HP!
Madame Malkin
W.E.S.Z.
Wmigurok
OPCM
Artykuły o HP
Chatka Hagrida!
Plotki z kuchni Hogwartu
Lekcje transmutacji
Lekcje: eliksiry
Kącik Cedrica
Nasze Gadżety
Poznaj sw�j HOROSKOP!
Zakon Feniksa


  
Co sądzisz o o zakończeniu sagi?
Rewelacyjne, jestem zachwycony/a!
Dobre, ale bez zachwytu
Średnie, mogłoby być lepsze
Kiepskie, bez wyrazu
Beznadziejne- nie dało się czytać!
  

 
© General Informatics - Wszystkie prawa zastrzeżone
linki